Gdy do wesela się nie goi

XXI wiek. Szpital. Choremu grozi amputacja nogi. Zafrasowany lekarz proponuje… przystawienie pijawek, a następnie Iarwoterapię. Dzięki tym, wydawałoby się, zapomnianym metodom, można uniknąć aż 30% amputacji!

Pijawki wykorzystywali już w starożytności egipscy medycy. Do końca XIX w. były stosowane do upuszczania krwi, które praktykowano w licznych schorzeniach, m.in. przy nadciśnieniu. Dziś pijawki wspierają na oddziałach szpitalnych chirurgów oraz… larwy muchy plujki. Poważnie.

Gdy pewnemu dwudziestolatkowi na skutek wypadku groziła amputacja ucha, doktor Krzysztof Lenart, chirurg ortopeda, użył pijawek. Przystawienie tych pasożytów do ciała mężczyzny pozwoliło uniknąć martwicy. Z kolei lekarze ze Szpitala Akademickiego we Wrocławiu w pierwszej fazie leczenia zastosowali pijawki u pacjenta, któremu potem w Gliwicach chirurdzy przeszczepili twarz.

To nie koniec. Te niezbyt ładne pierścienice kładzie się na chore kończyny, by poprawić krążenie, wytwarzają bowiem hirudynę – związek o działaniu przeciwzakrzepowym. Dopiero wtedy do akcji wkraczają larwy muchy plujki.

Nim wynaleziono penicylinę, lekarze stosowali larwoterapię, lecząc rannych żołnierzy na frontach I wojny światowej. Wraz z wynalezieniem antybiotyków uwierzyliśmy, że mamy skuteczną broń przeciw bakteriom. Niestety, dziś okazuje się, że coraz więcej z nich umie obronić się przed działaniem antybiotyków, czyli staje się lekoopornych.
Medycy coraz głośniej mówią o tym, że era antybiotyków się kończy. To zaś skłania ich do wyciągnięcia z lamusa dawnych, odstawionych na boczny tor, metod. W efekcie w niektórych polskich szpitalach lekarze proponują chorym hirudoterapię (przykładanie pijawek), larwo terapię oraz opatrunki z modyfikowanego lnu.

Precyzyjna biochirurgia

Zdesperowani chorzy, których rany powstałe w wyniku poparzeń, odleżyn lub odmrożeń nie chcą się goić, latami jeżdżą do szpitala w Kędzierzynie-Koźlu. Wielu z nich w innych placówkach – z powodu otwartych owrzodzeń lub stóp cukrzycowych – usłyszało wyrok: amputacja.
W takich przypadkach w Kędzierzynie-Koźlu na rany nakłada się specjalny żywy opatrunek – znajdują się na nim malutkie larwy muchy plujki (Lucilia sericuta). To nekrofagi, czyli organizmy żywiące się martwymi tkankami. Białe robaczki, dobrze znane wędkarzom, wkraczają do akcji tam, gdzie nie pomaga skalpel. Oczywiście te używano do opatrunków są hodowane w sterylnych warunkach laboratoryjnych.
Do placówek medycznych przywożone są mocno schłodzone. Maleńkie (ok. 2 mm] larwy zostawia się na ranie na 3-4 dni. Ich ilość zależy od jej wielkości.
W tym czasie wydzielają one enzymy, które rozpuszczają martwą tkankę, a przy okazji zabijają bakterie (nawet te lekoopornej), grzyby i wirusy. Poruszające się w ranie larwy przyspieszają proces jej ziarninowania. Dzięki temu rana po zdjęciu opatrunku jest czysta i, co ważniejsze, zaczyna się goić.



Zdaniem dr. Zbigniewa Szczepanowskiego ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, który obronił pracę doktorską na temat larwoterapii, opatrunki z larw pozwoliły uratować aż jedną trzecią pacjentów zakwalifikowanych do amputacji kończyn!

Larwy muchy plujki stosuje się również w przypadkach ciężkich zakażeń skóry i tkanki podskórnej wywołanych przez metycylinooporne gronkowce i pałeczki ropy błękitnej oraz owrzodzeń nowotworowych, bowiem zmniejszają ból oraz przykry zapach.

Choć w Niemczech, Anglii i USA opatrunki z larw można dostać na receptę, u nas metoda ta nie jest refundowana przez NFZ. Koszt całej kuracji, w skład której prócz larw wchodzą także leki, waha się od 500 do 1000 zł.

Lniany opatrunek

Okłady z siemienia lnianego wspomagają leczenie oparzeń, odmrożeń, odleżyn i trudno gojących się ran. Łagodzą też podrażnienia i zmniejszają łuszczenie się skóry. Idąc tropem medycyny ludowej, we Wrocławskim Wojskowym Szpitalu Klinicznym na trudno gojące się, wieloletnie (niezasklepione nawet od kilkunastu lat!) rany zakłada się lniane bandaże.


Czym opatrunek z lnu różni się od zwykłego z bawełny?
Jest biologicznie czynny i przepuszcza powietrze. Na tym nie koniec, naukowcy z Wrocławia dodatkowo zmodyfikowali roślinę, tak by jej włókna zawierały związki przyspieszające gojenie się ran. Jak pokazują badania prof. Jana Szopy-Skórkowskiego z Instytutu Biochemii i Biologii Molekularnej Uniwersytetu Wrocławskiego, opatrunki z genetycznie modyfikowanego lnu sprawiają, że rany u 80% chorych znacznie zmniejszają się lub znikają już po 3 miesiącach kuracji. Co więcej u 91% chorych znacznie zmniejszyła się poziom odczuwanego bólu. Lniane plasterki zalecane są w przypadku trudno gojących się owrzodzeń o małym, średnim i dużym wysięku, które towarzyszą chorobom żył lub cukrzycy.
Okłady z modyfikowanego lnu po zwilżeniu solą fizjologiczną przykłada się do rany. Następnie przykrywa się je 4-5 warstwami gazy nasączonej jałową solą fizjologiczną i mocuje bandażem. Po dobie opatrunek zostaje zmieniony. Dystrybucją opatrunków zajmuje się Fundacja Linum.

 

 

 

 

 

 

 

Zostaw swój komentarz:
  • 3
    Shares